Z nieba lał się żar, asfalt się topił, wszyscy mocno dyszeli i mieli już zwyczajnie dość Biegu Papiernika. Tymczasem dla mnie to był początek rywalizacji. Czułem się znakomicie i dopiero się rozkręcałem, wrzucałem wyższy bieg i… wyprzedzałem kolejne grupki zawodników.

ZMIANA PLANÓW

Właściwie bezwietrznie, temperatura w cieniu sięgająca 30 stopni Celsjusza (!), nieustannie grzejące słońce. Tak okrutne warunki panowały podczas Biegu Papiernika. Niestety, musiałem się pogodzić z tym, że nie będę biegł po życiówkę. A planu B nie miałem.

Już w Kwidzynie na miejscu spotkałem się z ojcem. Pomyślałem, że może pomogę mu złamać 40 minut. Wiedziałem, że będzie mu bardzo trudno. Pracuje solidnie, ale ostatnio źle się czuł i nie biegał. Do tego ten upał… To nie były sprzyjające okoliczności, ale uznaliśmy, że zaczniemy w tempie na 40 minut i zobaczymy co będzie dalej.

Rozpoczęliśmy spokojnie. Musiałem hamować siebie i ojca, bo biegliśmy w odpowiednim przedziale, ale tłum ruszył bardzo szybko i nogi same rwały się do przodu. Po kilkuset metrach sytuacja się unormowała – byliśmy w niezłym położeniu, tempo było idealne (pierwszy kilometr w 4:02).

Tyle że nawet mi nie biegło się wcale tak komfortowo. Tętno szybko podskoczyło, było duszno i gorąco. Już wtedy wiedziałem, że dobrze zrobiłem nie starając się o życiówkę. Tymczasem ojciec toczył swoją walkę. Na drugim kilometrze przyspieszył i wyglądało, że jest ok, ale potem zobaczyłem grymas jego twarzy. Widziałem, że cierpi i źle się czuje. Zapytałem, co się dzieje. Odparł, że wciąż go boli brzuch (nie, to nie była kolka). Wtedy stwierdziłem, iż nie ma sensu tak cierpieć.

Zwolniliśmy i wyprzedzali nas kolejni biegacze, ale nie miało to większego znaczenia. Tak pokonywaliśmy kolejne kilometry. Pilnowałem ojca, biegnąc w drugim zakresie. Był to dla mnie właściwie mocniejszy trening. Tempo wcale nie było mocne (4:15-4:30), ale upał dał i mi się we znaki. Korzystałem z wszystkich wodopoi, wskakiwałem przed polewaczkę. Chłodziłem się jak tylko mogłem i czekałem na ósmy kilometr.

ÓSMY KILOMETR

To wtedy miałem przyspieszyć. Tak sobie zaplanowałem praktycznie na samym początku biegu. Kiedy widziałem, że zbliżam się do flagi, ruszyłem nieco do przodu i zacząłem wyprzedzać kolejnych biegaczy. Oni cierpieli, a ja dopiero się rozkręcałem. Nie miałem pojęcia, ile osób wyprzedzam, ale widziałem, że… wcale nie tak wielu. Pogoda zrobiła swoje – wiele osób pobiegło wolniej niż zwykle.

Na ostatnim kilometrze biegłem jeszcze szybciej, ale daleko było do mojego maksimum. Biegnąc z górki wrzuciłem jeszcze wyższy bieg, ale czekałem na ostatnią prostą. Kiedy wparowałem na stadion ruszyłem niemal na maksimum możliwości, dzięki czemu uzyskałem czas 41:52 (netto). Ojciec dotarł na metę dwie minuty za mną.

Na mecie byłem zadowolony. Wygrał bowiem rozsądek. Zrobiłem niezły trening, nie czułem większego zmęczenia i oszczędziłem sporo sił. Czasami – zwłaszcza w takich warunkach – lepiej odpuścić, niż niepotrzebnie się katować. Prędzej czy później rekord padnie. Zresztą dzięki temu w niedzielę mogłem zrobić normalny, porządny trening.

Fot. główna: AK-SKA Photo