Maraton Gdańsk relacja


Drugi zakres

Przed startem w 3. Gdańsk Maraton nie miałem pojęcia, jakie obrać tempo. Wolałem jednak nie przeszarżować i przykleiłem się do pacemakerów na 3:00. Biegło się lekko, a do tego – przynajmniej wg flag – mieliśmy pewien zapas. Dystans upływał szybko, a po 10 km mieliśmy już 40 sekund zysku. Tempo 4:12 było dla mnie idealne, biegło mi się lekko.

Ponadto wskoczyliśmy na długą prostą, którą zwyczajnie uwielbiam. Można wpaść w trans i biec. Nic nie rozprasza, nie spowalnia, nie gubi się rytmu. Czułem się naprawdę świetnie, choć czułem, że nogi tego dnia nie są tak lekkie jak powinny. Niemniej tętno było bardzo niskie, właściwie w okolicach 80 procent, a niekiedy nawet mniej.

Dystans upływał, tempo nie zawsze było równe, ale po 20 kilometrze zacząłem zastanawiać się, kiedy spróbować uciec. Wtedy jeszcze chciałem to zrobić po 30 kilometrze. Ale zrobiłem to 5 km wcześniej. Na nawrocie na Zaspie napiłem się wody i lekko przyspieszyłem. Zbierałem już pierwszych wykończonych, którzy narzucili sobie zdecydowanie za szybkie tempo.

Jak trenowałem, żeby w debiucie złamać 3h

Tymczasem mnie się biegło świetnie. Tak było do czasu aż zaczął się slalom. Co jak co, ale nie cierpię, kiedy coś mnie wytrąca z równowagi. Do tego czułem coraz większe zmęczenie. Odcinek przez park, blisko plaży, był dla mnie psychiczną katorgą. Nieco odżyłem, kiedy zaczęliśmy biec w stronę stadionu, ale zmęczenie było już spore. Niemniej trzymałem tempo – był ok. 4.10-4.20. Raz zyskiwałem, raz traciłem.

Wtedy nadszedł on. Makabryczny podbieg na 37 kilometrze. Gdyby był na początku nie robiłby na mnie takiego wrażenia, ale podczas podbiegu moje nogi zaczęły się buntować. Trzymałem jednak tempo, a z górki było jeszcze nieźle. Tyle że zamiast biec w stronę mety, my się od niej oddalaliśmy. Dobre było tylko to, że nie wiało w twarz.

Kryzys pojawił się na 39-40 kilometrze. Nogi zwyczajnie mi wysiadły, a dodatkowo nawrót mnie wykończył. Zwłaszcza że zaraz za nim czekały podmuchy wiatru. Wszystko to się złożyło, że tempo spadło o ok. 40 sekund na kilometrze. Zwyczajnie nie byłem w stanie biec szybciej, a dobijał mnie fakt, że wyprzedzali mnie kolejni zawodnicy. Pewnie ok. 20-30 osób wzięło mnie właśnie na ostatnich 2 kilometrach.

 

Tak trenowałem, żeby złamać 3h w maratonie
Tak trenowałem, żeby złamać 3h w maratonie

Pocieszeniem był fakt, że nie było wśród nich pacemakera. Ale i tak miałem ochotę się zatrzymać, odpocząć. Biegłem jednak dalej, ale na skrajnym wyczerpaniu. Być może zrobiłem błąd, że przed lub nawet po podbiegu nie wziąłem ostatniego, czwartego żelu.

W każdym razie czołgałem się i dopiero jakieś 100 metrów przed metą zorientowałem się, że uda mi się połamać przebiec poniżej 3 godzin. Wbiegłem na metę i dosłownie padłem.

Fot. AK-SKA Photo