Zupełnie nie rozumiem oburzenia o marketingową akcję Nike łamania 2 godzin w maratonie. Przecież to doskonała okazja do sprawdzenia ludzkich możliwości, pokonania kolejnej bariery. Dokładnie z tym samym zmagamy się my – amatorzy, choć na innym poziomie.

CZY TO JESZCZE SPORT?

Oczywiście, że tak. Nikt nie oszukuje, nie stosuje – mam nadzieję, bo gwarancji nie mam – niedozwolonych środków. Nie jest to może typowa rywalizacja sportowa, ale tu nie chodzi o pokazanie światu, że wygram maraton z czasem poniżej dwóch godzin. Chodzi o przesunięcie granic i wyciśnięcie maksimum z danego zawodnika. Pokazanie, że da się przebiec ponad 42 kilometrów poniżej 120 minut. Przecież na to czekamy od dawna.

Kilkadziesiąt lat temu identycznie było z przełamaniem bariery 4 minut na milę. Dopóki tego nie osiągnięto, wydawało się to nierealne. Aż wreszcie Roger Bannister pokazał innym, że można. I co? Inni poszli jego śladem i to właściwie natychmiast. Teraz to na poziomie zawodowym kiepski czas.

Traktuję to w podobny sposób do rekordu na treningu. Ma on spore znaczenie z punktu widzenia psychologicznego, ale będzie się liczył dopiero po powtórce na zawodach.

CZY TO CZYSTY MARKETING?

Oczywiście. Nikt temu nie zaprzecza. Nike nie robi tego non-profit – to korporacja, która chce zarabiać coraz więcej. Już teraz osiągnęli spory sukces, bo Kipchoge był naprawdę blisko niebotycznego wyczynu. Wystarczy spojrzeć na wiele serwisów sportowych czy biegowych – każdy z nich informował o akcji Breaking 2. To darmowa reklama, ale nie byłoby jej, gdyby nas to nie interesowało. Gdyby ludzie mieli w głębokim poważaniu, że ktoś sobie chce pobiec 42 kilometry. Tymczasem akcja wzbudza ogromne emocje. Prawidłowo, bo o to w tym chodzi. Dobrze jest to po prostu traktować z lekkim przymrużeniem oka.

Breaking 2

NICZYM SIĘ NIE RÓŻNIMY

W rzeczywistości niczym się nie różnimy od ludzi z Nike. Trenujemy po to, żeby przesuwać swoje granice. Są one na innym poziomie, ale robimy tyle, ile możemy, aby poprawić swój rekord. Biegamy, trzymamy dietę, kupujemy specjalistyczne obuwie, zegarki z GPS. Do tego nierzadko omijamy biegi bez atestu i z trudnym profilem, korzystamy z obecności pacemakerów (a tych z roku na rok jest coraz więcej). Szukamy możliwie jak najlepszych warunków do tego, aby poprawić życiówkę. Naprawdę nie ma w tym nic złego.

Jestem ciekaw, ile osób odmówiło by Nike, gdyby firma zaproponowała nam sprzęt, grupę fachowców, którzy powiedzieliby nam jak trenować, pomogliby z regeneracją, zapewniliby najlepsze obuwie itd. Przyznam szczerze – zgodziłbym się bez wahania. Nie miałbym żadnych oporów, bo zwyczajnie chciałbym sprawdzić, ile mogę z siebie wykrzesać.

Jedyna różnica polega na tym, że robimy to na zawodach, konkurując z innymi. Gdybym pobiegł maraton poniżej 2 godzin w warunkach laboratoryjnych, to miałbym świadomość, że przy odpowiednim przygotowaniu i warunkach na trasie byłbym w stanie to osiągnąć również na zawodach. To byłaby ogromna dawka motywacji.