Jak trenowałem, żeby w debiucie złamać 3h


Tę dość szaloną i karkołomną decyzję podjąłem niespełna siedem miesięcy temu. Przypadkiem trafiłem na reklamę maratonu w Gdańsku i postanowiłem pobiec go poniżej 3 godzin. Jeszcze nie wiem, czy mi się to uda, ale czuję, że mogę to zrobić.

Po pierwszych treningach wydawało się to nierealne. We wrześniu przebiegałem ok. 15-20 km treningowo (wcześniej przez wiele miesięcy biegałem rzadko i niewiele, miałem długie przerwy). Biegałem trzy razy tygodniowo, a na drugi zakres wskakiwałem już przy tempie 4.50-4.55 min/km. Jak zatem myśleć o biegu 4.16 przez 3 godziny?

Wprawdzie z tygodnia na tydzień czułem się lepiej, waga powoli spadała, lecz jakiegoś wielkiego progresu nie było widać. Dopiero w listopadzie, kiedy pobiegłem w Gdyni 10km w 41:13, poczułem, że jest całkiem dobrze. Przede wszystkim dlatego, iż utrzymałem tempo 4:07, choć wcześniej ani razu na treningu się do niego nie zbliżyłem.

Ale nadal było mi daleko do tego, by pobiec maraton poniżej 3h. Po tym biegu wskoczyłem na 4 treningi tygodniowo, ale wiedziałem doskonale, że nawet to będzie za mało. Potrzebuję wybieganych kilometrów, w tym całkiem sporo w tempie maratońskim. Bez tego nie mam szans.

W grudniu wciąż czułem, że biegam wolno. Za wolno. Nawet w styczniu, kiedy wrzuciłem do planu piąty trening, byłem daleko od celu. Czułem się lepiej podczas wybiegania (tętno było coraz niższe, tempo nieco szybsze), ale nie mogłem wykonać porządnych, normalnych akcentów. Warunki na dworze były bowiem kiepskie, a do tego czułem spore zmęczenie.

 

Nogi często były ociężałe, a na bieżni mechanicznej czułem się zwyczajnie kiepsko. Ani nie miałem gwarancji, że biegnę w konkretnym tempie (na dwóch różnych bieżniach odczuwałem bieg w podobnym tempie zupełnie inaczej), ani też nie potrafiłem się dostosować do temperatury i braku wentylacji.

Było ciężko, bardzo ciężko. Ale w lutym zauważyłem progres. I to spory. Właściwie wtedy wszystko zaskoczyło – obciążenia były już naprawdę spore, ale nogi to wytrzymywały. Do tego pobiegłem w Gdyni 10 km w czasie 37:46. Nieźle. Ten czas dawał mi spore nadzieje na połamanie 3h. W każdym razie tak mówiły różne kalkulatory.

W każdym razie wreszcie można było porządnie potrenować. Zrobiłem dwa bardzo długie wybiegania (30 km – raz spokojnym tempem, raz 15km), kilka naprawdę solidnych akcentów (progowe 4x3km z przerwą 2 minutową oraz kilka dość długich [12-18km] biegów w drugim zakresie). Kilometraż nadal był spory, a ja często odczuwałem spore zmęczenie.

Nierzadko odczuwałem jednak niepokój. Nie wszystkie treningi szły po mojej myśli. Bywało tak, że tempo 4.06-4.08 było dla mnie średnio komfortowe), innym razem przy 4.02-4.04 biegło mi się rewelacyjnie. Warunki pogodowe były może wówczas inne (temperatura i wiatr), ale niekoniecznie na korzyść tego drugiego. Niekiedy wręcz przeciwnie.

Jakkolwiek by nie było, zrobiłem tyle, ile mogłem, żeby przygotować się do maratonu w Gdańsku. Przez blisko miesięcy nie opuściłem bodaj ani jednego treningu, a już na pewno nie w tym roku. Nie zmogła mnie żadna choroba, nie faszerowałem się lekami.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że mogłem najpierw obiegać się na 5-10 km, ale maraton poniżej 3h chodził mi w głowie już za dzieciaka. Ciężko to wyrzucić z myśli, a jednocześnie znaleźć równie mocną motywację do treningów. Do biegania w mrozie, okropnym wietrze, ciemnościach.

Teraz, kiedy ten post został opublikowany, właśnie biegnę ulicami Gdańska i ścigam się z czasem. Tik-tak, tik-tak.